WWD

Współodczuwanie.

Ależ ostatnio grzmotnęłam! Zima zaskoczyła mnie swoją śliskością.

W nadziei na odrobinę regulacji, chciałam pobiegać. Po nerwowym dniu w pracy, chaotycznym popołudniu w domu z dzieciakami, które po moim powrocie wyładowują wszystkie nagromadzone od rana emocje, potrzebowałam tych 25min na powietrzu, w spokoju. Po krótkiej rozgrzewce w domu, pełna zapału wyszłam żwawym krokiem przed dom. I bam, leżę jak długa. Mąż coś mówił wcześniej, że ślisko i mróz, żebym uważała, ale nie słuchałam.

Ależ mnie ten upadek otrzeźwił!

Runęłam jak długa. Z ledwością podniosłam się na nogi odczuwając ból tej okolicy ciała, o której dzieciaki uwielbiają gadać w pewnym wieku (mamy właśnie ten etap fascynacji i wszelkie pupy i tym podobne tematy są na porządku dziennym).

Łzy się w oczach zakręciły. Wróciłam do domu utykając. A tam?

Nie było tysiąca komentarzy, zaprzeczenia i kwestionowania mojego bólu. Nie było rad, co powinnam robić. Nie było wyrzutów, że przecież uprzedzał. Byli oni i ich oczy pełne współczucia. I przytulenia i buziaki.

I tak mi dobrze było, choć ledwo siedziałam. Tak bardzo poczułam, że chyba o to chodzi w tym współodczuwaniu, w zrozumieniu i miłości. Tego właśnie potrzebowałam – bycia kogoś blisko, kto się pożałuje i w miękkich ramionach utuli.

Czyż nie tego potrzebują dzieciaki, gdy upadają i płaczą?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *