WWD

Nie zmieniajcie swoich dzieci.

Wczoraj zobaczyłam prawdziwą, wielką radość naszej Starszej. Znacie to? Wielkie oczy, błysk, słowotok, lekka nadpobudliwość, uśmiech od ucha do ucha. Dziecięca radość, zadowolenie z siebie, pokonywanie barier. Bo oto Ona – dotąd nieśmiała, bojaźliwa, ostrożna – na wielkim placu zabaw z dmuchanymi zjeżdżalniami. To niezwykłe wydarzenie.

Czemu o tym piszę?

Bo często my rodzice – mam takie wrażenie – chcemy zmieniać swoje dzieci.

Jeśli są nieśmiałe – zabieramy je w miejsca publiczne, żeby się odważyło i ośmieliło.

Jeśli jest szybkie, nadpobudliwe – z uporem maniaka próbujemy układać puzzle czy malować skomplikowane malowanki.

Jeśli jest raczej ociężałe i powolne – nakłaniamy do aktywności fizycznej, chcemy je „rozruszać”.

I choć wszystko to robimy w dobrej wierze, dla dobra dziecka, czasem trochę ze strachu, to może czasem warto się zatrzymać. Może lepiej po prostu podążać za dzieckiem? Z nieśmiałym bądźmy blisko w trakcie kontaktów z innymi osobami, dajmy w sobie oparcie. Biegającemu ciągle – dajmy przestrzeń do tej aktywności. Dziecku statecznemu – zapewnijmy możliwość jak najlepszego rozwoju w tej sferze, w tym rodzaju zabawy.

Czyż nie lepiej maszerować obok kogoś, kto nas rozumie? Kto zamiast „no co Ty, to tylko dzieci, nie bój się”, powie „rozumiem, że się boisz”? Kto zamiast „przestań wreszcie biegać!„, pobawi się w ganianego, potem w chowanego i jeszcze pogra w piłkę, bo rozumie ile ten maluch potrzebuje ruchu? Kto usiądzie na dywanie i poukłada po raz kolejny te same puzzle, zamiast wyciągać na siłę na znienawidzony basen?

Być obok. Podążać za dzieckiem. Dać możliwości, pokazać wybór i perspektywę. Ale nie zmuszać, nie zawstydzać, nie oceniać.

Jak to było u nas?

U nas była nieśmiałość, wręcz lęk przed dziećmi. Widok innego dziecka wchodzącego na zjeżdżalnię powodował dziki strach w oczach i ucieczkę. Gdy robiło się zbyt tłoczno nagle musieliśmy wracać do domu „bo coś..”. Aktywność fizyczna dogłębnie nas martwiła, bo inne dzieciaki skakały po trampolinach, wspinały się na ścianki, sprytnie chodził po drabinkach, a nasza Starsza ani rusz. Nie lubiła tego, bała się, nie była tak bystra fizycznie. Za to cudownie malowała, potrafiła układać puzzle, zapamiętywała szczegóły czytanych książek, rozwiązywała zagadki, ćwiczyła pisanie szlaczków, liczyła na głos i w myślach. Często zniesmaczeni wracaliśmy z placów zabaw, bo nasza rodzicielska powinność pchała nas tam, żeby coś zmienić, żeby ją rozruszać, a ona zwyczajnie tego nie lubiła. I nadszedł dzień, kiedy ten nieśmiały szkrab w dzikim pędzie biega po sali zabaw, mimo tłoku i przepychających się dzieci. Ta radość i jej samoświadomość, że zrobiła coś niesamowitego, że przeszła przez ten labirynt, którego zawsze się bała – bezcenna. Dla niej i dla mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *