WWD

Foch i miłość. Mają coś wspólnego.

To jest foch w wykonaniu naszej zbuntowanej dwulatki, choć nie lubię tego buntowniczego określenia. Bo to nie zbuntowany dzieciak, który chce nam popsuć humor/zakupy/imprezę. To bezbronny maluch nie radzący sobie z emocjami. Albo raczej – radzący sobie w najlepszy możliwy dla siebie sposób. Przeliterujcie to sobie:

n – a – j – l – e – p – s – z – y

m – o – ż – l – i – w – y

d – l – a

s – i – e – b – i – e.

Czyli gdyby umiało powiedzieć „przepraszam mamo, ale za głośno tu dla mnie, męczy mnie ta ilość bodźców, chyba zaczyna mnie boleć głowa” – to powiedziałoby tak. Może za kilka-kilkanaście lat tak nam zakomunikuje ku naszej uciesze, że wygraliśmy rodzicielstwo. Teraz są fochy, krzyki, rzucanie czym popadnie. Normalka.

Jak przejść drogę od tak trudnej reakcji emocjonalnej do bliskości i miłosnego wyznania? Posłuchajcie.

Jest przyjęcie urodzinowe. Nowe miejsce. Skrócona drzemka dwulatki, żeby przebrać się i dojechać na czas. Odświętna spódniczka – śliczna, może trochę niewygodna? Powitania z gośćmi, niektórzy niewidziani od dłuższego czasu. Trzyma się blisko mamy, żeby było bezpiecznie. Potem prezenty – wyrywane co chwila przez inne dzieci, sto lat jakieś śpiewają, mnóstwo jedzenia, w tym niestety tort i lody. Choć wszystko przyjemne, to zmęczenie daje znać. W wirze zabawy z innymi dziećmi robi się coraz goręcej, coraz więcej złości i niezadowolenia. Więc rzuca się ten maluch na ziemię, krzyczy, piszczy, nie wie co ze sobą zrobić.

A ja patrzę. I widzę zmęczone dziecko. Nie bachora, co to nie potrafi docenić, że ludzie przyjechali i prezenty przywieźli. Nie takiego, co powinien przy stole grzeczniutko siedzieć.

Skojarzyły mi się niemowlęta, które przy nadmiarze bodźców potrafią się odciąć, zasnąć w największym gwarze. I pomyślałam, że ten mój maluch chyba najchętniej by zniknął. Zapadłaby się kruszyna w czeluść, gdzie cisza i spokój.

Więc zamiast „ale o co chodzi? uspokój się”, jestem blisko, głaszczę po głowie, próbuję odseparować od gwaru przyjęcia i dać znać pomocnym, że nie trzeba nic mówić. Staram się być spokojem, którego ona wydaje się potrzebować. Wtedy przestaje płakać i leży po prostu. No to dałam kocyk pod głowę i tak siedzimy na zimnej podłodze, tzn. ja siedzę obok, a ona leży. I patrzy tymi niebieskimi oczami. I choć zdania nieskładnie jeszcze składa, to wymknęło się szeptem ni stąd ni zowąd „kocham mamę”.

A ja poczułam, że trafiłam. Że o to chodziło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *